środa, 16 maja 2012

Trzy wydarzenia w Krakowie - wernisaż akcji artystycznej Szymona Kobylarza, spotkanie z artystą i wykład dr Andreasa Billerta o rozwoju miast w kapitalizmie

Zapraszam na wydarzenia w ramach projektu "Sól" poświęconego drobnym punktom usługowo-handlowym, które istnieją w Krakowie od dłuższego czasu (www.sol-krakowska.blogspot.com).

W maju projekt "Sól" podejmuje współpracę z realizowanym w Bunkrze Sztuki w Krakowie projektem "Po kapitalizmie". Odbędą się trzy wspólne wydarzenia: wernisaż, spotkanie z artystą i wykład. Poniżej informacje.


18.05.12 (piątek), godz. 18 // Wernisaż akcji "Cukier"
Zapraszamy na wernisaż akcji artystycznej "Cukier" Szymona Kobylarza.
Pracownia Cukiernicza Jacek Galganek, ul. Karmelicka 23, Kraków.

Szymon Kobylarz (ur. 1981) – malarz, twórca makiet, instalacji i sytuacji przestrzennych. Podczas studiów w Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach świadomie odchodzi od malarstwa na rzecz innych środków wyrazu. Od 2007 roku pracuje jako asystent w pracowni malarstwa na macierzystej uczelni. Założyciel kolektywu artystycznego Ośmiornica. W instalacji Cela Pana Jana Kolano (2008) opowiada historię genialnego więźnia, który mimo odcięcia od świata zagłębia się w tajniki fizyki, astronomii i matematyki. Z tytułowym Janem Kolano jednak nie ma bezpośredniego kontaktu, a cała praca powstaje w oparciu o doniesienia medialne. Niesamowite jonoloty antygrawitacyjne (2008) to przede wszystkim cykl obrazów zainspirowanych prezentowanymi w Internecie konstrukcjami jonolotów unoszących się w powietrzu dzięki wykorzystaniu zjawiska wiatru jonowego. W instalacji ECHELON70 (2009) snuje opowieść o globalnej inwigilacji  i systemie, który służy do przechwytywania większości sygnałów cyfrowych na świecie, a którego symbolem stały się ogromne, białe kule kryjące radary. O tym jak obronić się w sytuacji globalnego zagrożenia opowiada projekt Civile Defence (2009). Kobylarz zainspirowany filmami typu „zrób to sam” stworzył „przewodnik” z instrukcjami w jaki sposób zbudować „potato gun” czy maskę gazową z butelki coca-coli. Człowiek, który przeżył koniec świata (2011) to instalacja, której główny bohater jest fikcyjny. Wiemy o nim jednak to, że zamierza przetrwać koniec świata (który ma nastąpić w 2012 roku) w kapsule, która wyniesie go na orbitę.
25.05.12 (piątek), godz. 18:30, Bunkier Sztuki
Wykład dr Andreasa Billerta
"Rozwój kapitalistycznego miasta między  dezintegracją i reurbanizacją.
Miasto postindustrialne jako Miasto Społeczne?"

W trakcie wykładu ukazane zostaną mechanizmy rozwojowe miasta w systemie gospodarki rynkowej jako społeczno-polityczne procesy wyważania interesów gospodarczych oraz potrzeb i aspiracji społecznych.
Andreas Billert – były wykładowca Uniwersytetu Viadrina, specjalista w dziedzinie rozwoju i rewitalizacji obszarów miejskich. Kierował projektami odnowy miast w Niemczech i był ekspertem miast polskich. Obecnie doradza inicjatywom zgromadzonym wokół Kongresu Ruchów Miejskich.
31.05.12 (czwartek), godz. 18:30, Bunkier Sztuki
Spotkanie z Szymonem Kobylarzem "Meeting room"

Spotkanie z artystą, w trakcie którego przedstawi on swoje prace, rozpoczynając od jednej z pierwszych, stanowiącej dla pozostałych rodzaj „pliku źródłowego”. Pracą tą jest meeting room Magazynier zaprojektowany przez Szymona Kobylarza dla Galerii Kronika w Bytomiu w 2011 roku. To propozycja dla instytucji sztuki w czasie jej permanentnego kryzysu ekonomicznego. Szymon Kobylarz postanowił na użytek Kroniki zniszczyć dużą część swoich – wystawianych dotąd – prac i dać im „drugie życie”, zamieniając je w aranżację przestrzeni galerii. Artysta przerobił elementy swych instalacji m.in. na bar, konsolę dla dj’a, scenę do spotkań i dyskusji, mównicę, miejsca na krzesła, dostosowując je do praktycznych potrzeb użytkowników pomieszczenia.

Projekt "po kapitalizmie"

„Wyobraźmy sobie obszar, w którego obrębie do pewnej populacji dociera, że gromadzenie kapitału bez końca nie jest ani możliwe, ani pożądane, i w związku z tym wierzy ona, że inny świat nie tylko jest, ale musi być osiągalny. W jaki sposób taka zbiorowość powinna wejść na drogę ku innym rozwiązaniom?
Oczywiście, że to utopijne! Ale co z tego! Na nic innego nas nie stać”.
David Harvey, Enigma kapitału i kryzysy kapitalizmu, Oxford University Press 2010, s. 229, 231.
Projekt realizowany w nowej przestrzeni Bunkra Sztuki. W ramach czterech ściśle ze sobą związanych modułów – miasto, teoria, sztuka i życie codzienne – chcemy zastanowić się nad możliwością stworzenia systemu gospodarczego alternatywnego względem istniejącego obecnie. Zapraszamy do współpracy miejskich aktywistów, artystów, ekologów, filozofów, socjologów, jak również wszystkich tych, których nie zadowala status quo, a postmodernistyczną ironię chętnie zastąpiliby krytyczną utopią, rozumianą nie jako hegemoniczna wizja rzeczywistości, lecz jako narzędzie twórczej refleksji nad przyszłością.
Projekt realizowany we współpracy z następującymi środowiskami: DoxoTronica, „Nowy Obywatel”, „Nowe Peryferie”.
Pomysłodawczynie projektu: Anna Bargiel, Cecylia Malik, Aneta Rostkowska
Kuratorka: Aneta Rostkowska (rostkowska@bunkier.art.pl).
Autorem logo projektu jest Kuba Woynarowski.

W maju - poza wydarzeniami organizowanymi w kooperacji z "Solą" - organizatorzy "Po kapitalizmie" zapraszają na pokaz filmu Tony'ego Gatlifa "Czas Oburzenia" (18.05, Noc Muzeów, godz. 20.30) oraz kółko samokształceniowe, w ramach którego dr Jan Sowa wygłosi referat pt. Komunizm – w stronę ustroju dobra wspólnego (28.05, godz. 18.30).
http://www.facebook.com/events/293774974043488/
http://www.facebook.com/events/310990285644571/

Bliższe informacje:

poniedziałek, 19 marca 2012

"Efekt Veblena / 'tak odmienne - tak pociągające'" - wystawa Doroty Hadrian w galerii Nova w Krakowie




Dorota Hadrian, Efekt Veblena / 'tak odmienne - tak pociągające'

Tytuł wystawy Doroty Hadrian w krakowskiej galerii Nova posiada podwójne odniesienie. Z jednej strony przywołuje jedno z najbardziej znanych zjawisk ekonomicznych, tzw. efekt Veblena, polegający na wzroście popytu na dane dobro pod wpływem wzrostu jego ceny (wysoka cena dobra kojarzona jest przez konsumentów z wyższą jakością i możliwością zaznaczenia swego statusu, stąd wzrost ceny czyni dane dobro atrakcyjniejszym). Z drugiej natomiast odwołuje się do tytułu jednego z pierwszych dzieł pop-artu – urokliwego i emanującego pozytywnym nastrojem kolażu Richarda Hamiltona z 1956 roku o tytule „Cóż czyni nasze dzisiejsze wnętrza tak odmiennymi, tak pociągającymi?” („Just what is it that makes today's homes so different, so appealing?”), w którym kobieta i mężczyzna prezentują swe wdzięki na tle wspaniale urządzonego apartamentu. Oba te odniesienia dobrze opisują ambiwalentny status dóbr we współczesnej kulturze, ujawniający się również w pracach artystki. 
Stworzone przez Dorotę Hadrian, poprzez przetworzenie motywów z kultury popularnej, uwodzicielskie artefakty z jednej strony demonstrują swój status luksusowych dóbr odsłaniając nieuchronnie towarowy charakter współczesnej sztuki, łatwo poddającej się efektowi Veblena. Z drugiej jednak zyskują status obiektów postsekularnego kultu przyciągając swą atrakcyjną i  zmysłową formą. Krytyka status quo jest tu wypowiadana nie z pozycji zewnętrznego obserwatora, lecz 'od wewnątrz', z pozycji tego, który współczesną kulturą jest (mimo wszystko) zafascynowany. Przestrzeń wystawy nabiera zatem dwuznacznego charakteru oscylując między ekskluzywnym loftem a onirycznym rajskim ogrodem. Aspekt ekonomiczny jest wypierany przez swobodną i naturalną zabawę, nie pozbawioną elementu humoru i erotyki. 

Produkcja doskonałych dóbr staje się w ten sposób elementem odwiecznej narracji o poszukiwaniu innego, lepszego, doskonalszego świata, w którym perfekcja nie kłóci się z materialnością, duchowe poszukiwanie z zanurzeniem w zmysłowości, klasyczne piękno z użytecznością, niebiańskość i anielskość z eksplodującą seksualnością, powaga z odwołaniem do dziecięcego fantazjowania. Na pozór dobrze zbadany pop art staje się wyrazicielem ludzkiego dążenia do pełni, syntezy, jedności codziennej konsumpcji i niecodziennych potrzeb duchowych, poszukiwaniem harmonii w codzienności. 

Aneta Rostkowska, 
kuratorka wystawy

Wystawę można oglądać do 28 marca w godz. 11-18 (poniedziałek-piątek).








niedziela, 12 lutego 2012

Bartosz Kokosiński czyli historia pewnego obrazu / Dyskusja w Bunkrze Sztuki




Bartosz Kokosiński, "Skóry", 2010




j.w., "Obraz pożerający pejzaż", 2011, technika własna, 140 x 130 x 40 cm


Obraz pożerający scenę domową, 2011, technika własna, 127 x 110 x 45 cm


Obraz pożerający wypadek samochodowy, 2011, technika własna, 135 x 90 x 36 cm



Obraz pożerający scenę rodzajową, 2010, technika własna, 145 x 147 x 43

Historia pewnego obrazu

Pewnego razu był sobie bardzo głodny obraz. Pościł już bardzo długo i naprawdę miał już dość. Dlaczego nic nie jadł? Głównie dlatego, że nie było niczego ciekawego do zjedzenia, żadnych smacznych kąsków, niczego apetycznego, co można by w trzewiach przetworzyć. Kompletna posucha. No i też jakoś mu się nie chciało, bo kiedy ostatnim razem pozwolił sobie na ucztę, to nie wyszło mu to na dobre. Jakaś taka ciężka tamta strawa była, puchła mu w brzuchu niczym balon, do góry go podnosiła, tak że latać mu się zachciało. Ale jednak trochę za ciężki był, więc tak tylko sobie podskakiwał, kuśtykał tak niezgrabnie, bo co wzleciał, to go ramiona na dół ciągnęły, jak nie jedno to drugie. W końcu dostał strasznego wzdęcia tak, że mało co nie pękł. Z bólu zaczął się zwijać, pulsowało mu w skroniach, więc kulił się w sobie i rozpościerał na przemian, brzuch swój pusty eksponując. I czkawka męczyć go zaczęła – powtarzał raz po raz to samo. No po prostu anoreksji dostał z tego wszystkiego. Blady się zrobił, wyciągnięty, chudzinka taka zmarszczona. Intelektualista jeden! Ale niektórym to się nawet podobało, tacy byli perwersyjni. No ale ileż można pościć?! Przecież to śmiercią grozi z głodu. A umierać się obrazowi nie chciało. Niektórzy go ciągle podziwiali (nawet głaskać chcieli zboczeńcy jedni!), więc tak siłą tego podziwu jakoś trwał. I pościł nie wiedząc co dalej. Aż tu dnia pewnego w lesie sobie spacerował i nagle widok przed nim się wielki otworzył, a w nim jelonek prześliczny i trawka miękka. Taki jakiś widoczek znajomy, błogi, sielski, znany jakby. Niewiele myśląc rzucił się, by zwierzynę zaatakować i skutecznie strawić. Niestety zębiska miał już zmurszałe i słabe, nie to co kiedyś, kiedy paszczęką swoją co tylko chciał zgryzał i trawił, dzięki czemu dobrze się później prezentował. Do tego jelonek kościsty był, a ładny tak, że aż w gardle z tej ładności stawał. Obraz nasz dzielnie walczył i walczył, zmagał się i wzdragał, bo od tej słodkości niedobrze mu się zrobiło. Ale niestety nie udało się. I tak zostali razem spleceni. Widoczek na wpół strawiony i obraz na wpół głodny.

Wspominałam już na tym blogu o pracach Angeli de la Cruz, w których obraz zdaje się zyskiwać podmiotowość. Tym razem prezentuję nieco zbliżone prace Bartosza Kokosińskiego. Tu również obraz zdaje się być żywym organizmem. Można je oglądać do 24 lutego w galerii krakowskiej ASP. Prace artysty zestawiono z pracami Romana Siwulaka.


Fot. Marta Antoniak


Fot. j.w.

Premodernistyczny obraz prezentował religijną, czy historyczną wizję świata, w której odbiorca mógł, a wręcz musiał, się odnaleźć. Modernistyczny – w postaci esencjalistycznych nurtów abstrakcji (Mondrian) - usiłował wyjść poza przypadkową materialną rzeczywistość w kierunku tej transcendentnej (co oczywiście nigdy nie było w pełni możliwe, wszak zawsze był materialnym przedmiotem - linie Mondriana nigdy nie były doskonałe...). W późniejszej fazie stawał się ekspresją indywidualnego podmiotu względnie - eksploracją samych warunków przedstawiania (farba, obraz jako obiekt, instytucje sztuki). Dążenie do maksymalnej obiektywności,  subiektywności, czy perfekcji czyniło go trochę nieprzystępnym (co ciekawie opisuje W. J. T. Mitchell w tekście "Abstraction and intimacy" z tomu "What do pictures want?"). Po-modernistyczny obraz z kolei nie chce prezentować ani wizji radykalnie ponadjednostkowej, ani jednostkowej, raczej ma czkawkę po modernistycznych ambicjach. Pragnie ostrożnie powrócić do skromnej, nawet jeśli banalnej, figuracji, do zwykłych malarskich tematów. Niestety nie bardzo mu się to udaje (czemu?), przez co staje się nam, niedoskonałym podmiotom, bliższy... Myślę, że prace Bartosza Kokosińskiego wpisują się w ten proces. 

PS Przy okazji zapraszam na dyskusję w krakowskim Bunkrze Sztuki poświęconą współczesnemu malarstwu:

13.02.2012 (poniedziałek), godz. 18:00
Gdzie jest malarz?
Dyskusja.

„Czasem aż się boję, koledzy, że na obrazy z telewizorem nie wygramy” – zwierzał się w 2000 roku w jednym z obrazów Paweł Susid. W 2012 roku wiemy już, że nie było się czego bać. Malarstwo ma się doskonale i nic nie wskazuje na to, by coś miało się zmienić. Ciekawa jest natomiast jego aktualna sytuacja. Jak rozumiany jest obecnie proces twórczy (również w kontekście współczesnej debaty – a raczej jej braku – nad ACTA)? Co stało się z figurą romantycznego artysty-geniusza wyniesionego ponad społeczeństwo? W jakie relacje wchodzi malarstwo z kulturą popularną oraz z innymi mediami? Jaka jest jego pozycja na rynku sztuki (szczególnie w obliczu ostatnich kontrowersji dotyczących działalności domu aukcyjnego Abbey House SA)? 

Dobrym materiałem do powyższych rozważań są prace Wojciecha Gilewicza. Jego aktualna wystawa w Bunkrze Sztuki z jednej strony eksponuje miejsce pracy artysty, czyniąc je dziełem sztuki (Gilewicz zamienił fragment wystawy w swoją pracownię), z drugiej jednak sporą część procesu twórczego oddaje publiczności (widzowie mają możliwość tworzenia prac pod okiem Gilewicza; prace zostaną później podpisane nazwiskiem artysty). Jesteśmy świadkami swoistego performansu, w trakcie którego artysta tworzy na oczach publiczności i razem z nią. Przestrzeń wystawy staje się tu więc areną napięcia między indywidualnością aktu twórczego, a wskazaniem na jego zakorzenienie w aktywnościach płynących z otoczenia. 

Ekskluzywność pracowni – modernistycznej „świątyni malarza” – miesza się tu z prozaicznością aktu twórczego. Odwiedzający wystawę w pierwszej kolejności zobaczą codzienny, fizyczny wymiar twórczości – schylanie się, branie pędzla do ręki, mieszanie farb itd. Malowanie jako quasi-boska czynność stwarzania nowego świata, świata „w obrazie”, splata się z malowaniem-gestem, zmysłowym i cielesnym naznaczaniem materialnej powierzchni. Granica między malarzem-artystą, a malarzem pokojowym zostaje na moment zatarta, jednak tylko po to, by jeszcze bardziej utwierdzić uprzywilejowany status tego pierwszego. 

W innych projektach Gilewicza również ujawnia się to napięcie: na przykład kiedy maluje niepozorne elementy miejskiego krajobrazu, by potem przykryć je obrazami (jak w SculptureCenter w Nowym Jorku), czy gdy do współtworzenia obrazów zaprasza robotników z Bat Yam (w ramach projektu tworzonego dla izraelskiego muzeum). Malarstwo traci tu autonomię, współistniejąc na równych prawach z wideo, a pracownia artysty rozprzestrzenia się, coraz bardziej anektując przestrzeń publiczną.

W trakcie dyskusji tytułowe pytanie – Gdzie jest malarz? – zadamy w kontekście wystawy Pracownia w Bunkrze Sztuki, wystawy w BWA we Wrocławiu (Wyprzedaż, 15.04-15.05.2011), innych projektów Wojciecha Gilewicza oraz kondycji współczesnego malarstwa.

Naszymi gośćmi będą: Łukasz Białkowski, Anna Markowska i Piotr Stasiowski. Prowadzenie: Aneta Rostkowska.

Łukasz Białkowski
Krytyk sztuki i filozof. Autor esejów i recenzji. Tłumacz (ostatnio przełożył Estetykę relacyjną Nicolasa Bourriaud). Autor pracy doktorskiej poświęconej figurom twórcy w dwudziestowiecznej estetyce. Kierownik programowy galerii BWA Sokół w Nowym Sączu.

Anna Markowska
Historyczka sztuki, profesorka Uniwersytetu Wrocławskiego, autorka kilkudziesięciu artykułów na temat sztuki współczesnej. Ostatnio opublikowała książkę Komedia sublimacji. Granica współczesności a etos rzeczywistości w sztuce amerykańskiej.

Piotr Stasiowski.
Kurator, krytyk, historyk sztuki, doktorant na Uniwersytecie Wrocławskim. W latach 2006-2011 kierownik Studio BWA – BWA Wrocław Galerie Sztuki Współczesnej. Od 2012 kurator Muzeum Współczesnego Wrocław. Pisał m.in. do „Obiegu”, „Flash Art.”, „Odry”, „Art&Business”, „Formatu”, „Sekcji”.

Aneta Rostkowska
Kuratorka, krytyczka sztuki, filozofka, autorka tekstów o sztuce publikowanych m.in. w „Arteonie”, „Ha!arcie”, „Dwutygodniku” i „Tygodniku Powszechnym”. Pisze doktorat poświęcony teorii obrazu abstrakcyjnego w perspektywie semiotyki Charlesa Sandersa Peirce’a. Pracuje w Bunkrze Sztuki.

Wystawa Pracownia Wojciecha Gilewicza w Bunkrze Sztuki w Krakowie otwarta będzie do 26 lutego 2012: http://bunkier.art.pl/?wystawy=wojciech-gilewicz-pracownia

Wystawie towarzyszy katalog.
Autorzy tekstów: Marco Antonini (NURTUREart, Nowy Jork), Jarosław Lubiak (Muzeum Sztuki w Łodzi) i Anna Markowska (Uniwersytet Wrocławski). Wstęp: Beata Nowacka-Kardzis (Bunkier Sztuki, Kraków). Rozmowa: Wojciech Gilewicz, Piotr Stasiowski (Muzeum Współczesne Wrocław), Karoliny Vyšata (Bunkier Sztuki, Kraków).
Film edukacyjny Wyprzedaż zrealizowany w BWA Awangarda we Wrocławiu w maju 2011: http://vimeo.com/33166757.

Recenzja wystawy Moniki Weychert-Waluszko opublikowana w internetowym magazynie OBIEG: http://obieg.pl/felieton/23851.

Strona Wojciecha Gilewicza: www.gilewicz.net.


Fot. Rafał Sosin. 

czwartek, 19 stycznia 2012

Etyka krytyka

Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie zainicjowało cykl wykładów na temat krytyki sztuki. Niestety nie mieszkam w tym mieście, więc nie mogłam uczestniczyć w żadnym ze spotkań. Ciekawi mnie natomiast, czy Muzeum planuje jakiekolwiek inne działania w tym zakresie – jeśli stan polskiej krytyki ma się zmienić (?), to same teoretyczne dywagacje nie wystarczą. A myślę, że więcej działań by się przydało – obserwuję ostatnimi czasy kompletny zamęt w tej dziedzinie. Coraz powszechniejsze staje się pisanie recenzji przez pracowników komercyjnych galerii i instytucji. Co ciekawe, dotyczy to również popularnych magazynów. Taki np. “Przekrój” (ostatnio paradoksalnie strojący się w piórka niezależności, lewicowości i wyrazistości, no comments...) od dawna bez żenady publikuje recenzje pracownika instytucji sztuki (czyli Stacha Szabłowskiego zatrudnionego w CSW). Gdzie tu niezależność krytyka, o wiarygodności gazety nie wspominając?
Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno tu o jakieś proste rozwiązania, bo:
  • pisma potrzebują dobrych tekstów
  • pism raczej nie stać na utrzymywanie niezależnych krytyków (ale Przekrój powinno być stać moim zdaniem...)
  • dobre teksty piszą (na ogół) osoby z pewnym doświadczeniem, a takie już często gdzieś pracują
  • nie można utrzymać się z pisania recenzji w Polsce, stąd wiele osób łączy różne typy aktywności – to zrozumiałe

    Na razie widzę jedno wyjście z tej sytuacji: dbanie o to, by przy recenzjach zamieszczać krótkie notki o afiliacji ich autorów. To w sumie dość proste. Inicjatywa musi jednak wyjść od redaktorów pism. To im powinno przede wszystkim zależeć na wiarygodności.
    Być może warto zastanowić się nad listą dobrych praktyk dotyczących krytyki sztuki, nie chcę używać słowa 'kodeks', bo nie chodziłoby o sztywne reguły, lecz raczej o wskazówki ułatwiające orientację. Tylko, co miałoby się na takiej liście znaleźć? 
PS1 Wypowiedź Andy Rottenberg w trakcie dyskusji na temat krytyki sztuki zorganizowanej przez Dwutygodnik:
"Pisanie o tym, co sami robimy, w gruncie rzeczy jest radością. Ale muszę powiedzieć, że takich sytuacji za tak zwanej komuny nie było, istniał jakiś etos zawodowy: pracując w danej instytucji, nie chwalimy się tym, co sami zrobiliśmy; pracując w obrocie dziełami sztuki, nie uprawiamy krytyki, w której chwalimy tych artystów, na których zarabiamy, a innych nie chwalimy; uprawiając krytykę jako przedstawiciele jednej instytucji, nie oceniamy innych instytucji. I tak dalej. Bardzo nad tym ubolewam, ale to jest coraz bardziej powszechne.
Zmroziło mnie niedawno, kiedy byłam na dyskusji o krytyce artystycznej, i jeden z panelistów wyznał, że dla niego wzorem jest taki pan, którego żona ma galerię, a on pisze źle o jej konkurencji, ad personam, wypomina, ile zarabiają, gdzie handlują, jakim samochodem jeżdzą. Jeżeli to jest wzorzec osobowy dla młodszego pokolenia, to ja powinnam od razu wyjść z takiej dyskusji. Jest taki trend, żeby nie pisać o sztuce, tylko o sytuacjach okołoartystycznych i to kolejny bardzo niebezpieczny obszar. Rozmyją się wszelkie kryteria i nie będzie fajnie."
PS2 A może w ogóle nie potrzebujemy krytyki? Może wystarczą nam dobrzy kuratorzy?  

wtorek, 4 października 2011

Sekta w Krakowie! Towiański kontratakuje!!!


"Następujące są kryteria świętości: 1. Wskrzeszanie umarłych. 2. Słowne komunikowanie się ze zmarłymi. 3. Osuszanie morza i chodzenie po wodzie. 4. Zamiana wody w miód i smalec. 5. Zwijanie ziemi tak, by zanikały odległości. 6. Niechaj też święty rozumie mowę drzew, kamieni i zwierząt. 7. Niech uzdrawia chorych. 8. Niech oswaja dzikie zwierzęta. 9. Niech nie istnieje dlań odległość a czasie ani przestrzeni. 10. Niech zatrzyma czas. 11. Niech jego błaganie zawsze zostanie wysłuchane. 12. Niech przepowiada grożące niebezpieczeństwo. 13. Niech znosi głód i pragnienie. 14. Niech może nieskończenie dużo jeść. 15. Niech określa zasady przeciwne naturze. 16. Niech nigdy żaden podejrzany przedmiot nie dostanie się do jego ciała. 17. Niech widzi najdalsze nawet miejsca, sam nie będąc widzianym. 18. Niech ten, komu spojrzy w oczy, umrze. 19. Niech Bóg unicestwi jego wrogów. 20. Niech potrafi przybierać tysiące kształtów i barw.

Towiański potrafił to, co przewiduje punkt 2, 7, 12, 13 i 17; częściowo także 10, 15, 16 i 18. W pobłażliwej chrześcijańskiej Europie okresu średniowiecza z powodzeniem mógłby zostać uznany za świętego albo spalony na stosie.”

Można by pomyśleć, że w katolickim Krakowie nie ma już miejsca na nowe ugrupowania parareligijne!  A jednak! Na  ul. Sarego 13 pojawiła się nowa sekta. Wieść niesie, że odżywają w niej idee Towiańskiego, tak, tego samego, który fascynował Mickiewicza i Słowackiego. Na ścianie siedziby widnieje krzyż połączony z gwiazdą Dawida. Udało mi się nakryć członków sekty na tajnym zebraniu, w trakcie którego odśpiewano szereg pieśni patriotycznych (m.in. "Warszawiankę") i odczytano fragmenty "Króla-Ducha" Słowackiego. Na szczęście członkowie stowarzyszenia nie są wrogo nastawieni (choć prawdopodobnie tylko wtedy, gdy uznają daną osobą za przyszłą adeptkę/adepta - strzeżcie się więc!), stąd udało mi się zrobić kilka zdjęć.
Sekty szukajcie pod wskazanym adresem, ew. zaglądajcie na stronę Roku Miłosza. Można też pisać na adres: 4p@biurofestiwalowe.pl.






PS Cytat pochodzi z: György Spiró, „Mesjasze”, s. 375.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Czy sztuka musi być wieloznaczna?

Frapujące jest to, że intelektualiści zazwyczaj odrzucający wszelki uniwersalizm i esencjalizm za oczywiste uznają istnienie czegoś takiego jak istota sztuki. Według sporej części z nich sztuka jest fenomenem niejednoznacznym, koncentrującym uwagę na swej materialności, niereprezentującym i nieuchwytnym. Dziś np. znalazłam w internecie tekst Jana Sowy, w którym znaleźć można dokładnie taki pogląd. Dobrze widać go również w dwóch recenzjach z wystaw Jana Simona napisanych przez Jakuba Banasiaka dla Obiegu. Pierwsza wystawa Simona została oceniona pozytywnie – przy czym jedną z głównych jej zalet jest niejednoznaczność, druga zaś negatywnie, przy czym za wadę autor uznał dosłowność prezentowanej pracy (generalnie można zaobserwowować, że u wielu krytyków opozycja wieloznaczność/jednoznaczność jest standardowym środkiem oceny sztuki).
Dziwi mnie nieco pewność siebie, z jaką poglądy dotyczące tego, czym jest sztuka, są wypowiadane. Przecież cała historia awangardy z jej licznymi zwrotami, które kształtowały pojęcie sztuki, znacząco podważyła pogląd o istnieniu stałej i niezmiennej istoty sztuki. Spojrzenie wstecz pokazuje raczej wielość różnych ‘istot’ (albo raczej definicji) sztuki, połączonych różnego typu podobieństwami. Raz jest tych podobieństw więcej i mamy do czynienia z pewną ciągłością, raz jest ich mniej i widoczne są momenty zerwania.
Niektórzy współcześni artyści przesuwają swą sztukę w kierunku jednoznaczności świadomie zacierając granice między sztuką i działaniem politycznym (np. Yael Bartana; podobną postawę wyrażał też w swym manifeście Artur Żmijewski). Może więc właśnie teraz – poprzez ich działania - mamy do czynienia z momentem zmiany w samej definicji sztuki, ze zwrotem, polegającym na dopuszczeniu w obręb sztuki takich właśnie - bardziej jednoznacznych - działań (nie mówię, że sztuka ma być tylko taka, raczej chodzi o rozszerzenie pola; zresztą i wcześniej takie działania następowały i jakoś w obręb sztuki weszły, ale chyba wyłącznie jako kurioza...). Dlaczego tak wiele osób nie chce tego przyjąć (np. w ostatniej debacie w Gazecie Wyborczej Marta Tarabuła to skrytykowała, a Dorota Jarecka zignorowała)? Być może dlatego, że każda sztuka o bardziej jednoznacznej wymowie kojarzy się nam z totalitarnymi systemami. Czy jest jednak sensowne utożsamianie ‘sztuki jednoznacznej’ tworzonej pod rządami totalitarnymi ze 'sztuką jednoznaczną' tworzoną w warunkach demokracji, w której deklaracja ideologiczna jest świadomym wyborem artysty? Moim zdaniem nie!